8/16/2016

Kazimierz

646 dzień mojego życia.
W Sześć set czterdziestym drugim dniu mojego życia porwałam go do miasta inspiracji.
Wypalona, zmęczona i przygnębiona. Ja, która zgubiła gdzieś swój sens. Ja, jako wypalona szara dusza, taka, jakich mijam tysiące w drodze do pracy. Wszyscy tacy sami, bez różnicy, Jeden za drugim gęsiego, prędzej, szybciej!  Odbębnić, odsiedzieć, doczekać do wypłaty. Wykarmić rodzinę, zapewnić byt, i znów od początku. Chodźmy razem w kierat.
Nie godzę się na to.
Zabija mnie to. Zabija mnie codzienność, zabija społeczeństwo.
Utraciłam swoją wolność gdzieś pomiędzy szczęściem, a miłością.  Nie myląc jej z samotnością. Niech bóg broni mnie wracać do niej.
Schowałam moją bytność gdzieś głęboko do kufra, przykrytego głęboką warstwą kurzu. Zgubiłam do niego klucz.
Chcę płakać, chcę krzyczeć, zgubiłam się. Proszę znajdź mnie.

                Jest 8:30, przedzieram się blaszaną puszką przez poranną mgłę, mrużę oczy od wschodzącego słońca. Siedzi na siedzeniu obok, przypatruje mi się, o nic nie pyta. Daje się porwać. Tak zwyczajnie. Widzę w jego oczach nadzieję, że to pomoże.  Oczy cieszą mu się z niespodzianki. Wcale nie chce wiedzieć gdzie jedziemy.
Kazimierz Dolny, miejsce podobne pełne inspiracji, ostoja artystów, wulkan energii. Sztuka w każdym zakątku, przepych , natchnienie. Whisky i cygara.
Wielkie gówno pomieszane z tandetą. Miasto jak każde inne, nic specjalnego. Wszędzie galerie, w których ani grama duszy, ani grama życia. Wszędzie tylko ukryte złotówki to utopienia. Miasto dla zwiedzających, powoli niczym Ustka, stragan na straganie, nic tu nie ma z magii, fascynacji.  Nic z artyzmu. Miasto złodziejskich cyganek, która w pięć minut zabierają Ci to, na co ciężko pracowałeś.  Nie przełykam tego miasta, nie potrafię choćby kęsa smakować.  Wymyka mi się ono przez mdłości, wypaca się ze mnie  i łzami skapuje na chodnik, do zadeptania.  A to dopiero pierwszy dzień, miało być pięknie.

643

Przeszłam każdą uliczkę, otworzyłam wszystkie możliwe do otwarcia drzwi. Pukałam tam, gdzie wpuścić mnie nie chcieli. Zajrzałam nawet do kościoła, wspięłam się bliżej nieba. Mrużyłam oczy, zamykałam powieki i nasłuchiwałam, czekałam na coś. Coś co nie nadeszło. Ktoś mnie oszukał. Tu nie ma mocy. Miałam tu znaleźć ukojenie.  Chowam się. Rygluję się pożółkłymi zasłonami, zamykam okna, zwijam się w dusznym pokoju, on śpi. Ja piszę.

Kipi ze mnie złość. Czuję się, gdyby ktoś wbijał mi kolejno igły, co milimetr mojego ciała. Jestem wściekła, gotowa zrobić wszystko.  Chcę krzyczeć, tarzać się po ziemi, czochrać włosy, zdziczeć, choć raz na poważnie. Moje serce krzyczy mocno . Palce wędrują po klawiaturze w rytm muzyki, jakbym wygrywała swoje słowa na pianinie.  Melodię tragicznie piękną.  Słyszę jej brzmienie , z każdej strony dobiega do mnie pojedynczy dźwięk, łącze je jak mi się podoba, Tworzę siebie. Od nowa. Od początku. Piękny utwór. 
On wstał, robi śniadanie. Kurwa. Jestem  wściekła
.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz