8/16/2016

Naiwność

Z bólem, ale pewnie robiłam krok za krokiem przemaczając absolutnie swoje zmęczone życiem, podarte buty. Ciepła rosa chlupotała między poobcieranymi palcami przynosząc ulgę. Brzęk owadów podpowiadał, że to środek lata. Kiedy mi to umknęło? Spojrzałam przed siebie. Soczysta zieleń uderzała do głowy ze zdwojoną siłą, niczym spora dawka alkoholu. Upijałam się nią coraz mocniej. Oczy błyszczały mi coraz bardziej, jakby nie mogły poradzić sobie z tą dawką kolorów i słońca. Przyzwyczajone do smutku, szarości  i czarnego żwiru zaszkliły się, może też ze wzruszenia?  
W butach chlupało coraz mocniej, powoli zdjęłam je, uważając na liczne otarcia i rany i postawiłam bose stopy na mokrej, pełnej małych żyjątek trawie, szłam coraz głębiej w okalające, sięgające mi już do kolan kłosy. Zrywałam kwiat za kwiatem.  Maki, chabry, rumianek i kilka rodzajów żółtych kwiatków,  nie mam pojęcia jak się nazywają. Tęcza kolorów jaką tworzą rozświetli nasze małe, szare mieszkanie. Może coś ożywi, ukoi serce. Patrzyłam na nie z takim rozczuleniem, jak gdybym wierzyła, że polne kwiaty wetknięte w dzbanek rozwiążą moje problemy. 
Trzymając bukiet w prawej dłoni opuściłam ręce w dół, uniosłam twarz do jeszcze bardzo nieśmiało budzącego się słońca, zamknęłam oczy i upijałam łyk po łyku tę chwilę. Ptaki śpiewały dawno zapomnianą mi melodię, melodię wolności  i swobody. Mokra trawa łaskotała moje bose stopy, jakby chciała im ulżyć w bólu. Ciepłe promienie słońca delikatnie muskały mnie po twarzy. Zdawać by się mogło, że świat dookoła mnie wiruje, że jestem w centrum tego świata, że całe to wyniosłe przedstawienie rozgrywa się tylko i wyłącznie dla mnie. Mogłabym tu zostać na zawsze. Tkwiąc pośrodku całej tej ceremonii. Tak bardzo piękne jest to wszystko.

-Ej! Nie stój jak strach na wróble! Konie uciekły!

Zdanie wykrzyczane pijackim głosem zburzyło cały ten majestatyczny teatr. Jakby ktoś wybudził mnie ze snu. Rzuciłam kwiaty i zapominając o butach pobiegłam w kierunku stajni. Żwir i odłamki szkła wbijające się w moje stopy szybko sprowadziły mnie na ziemię. Jestem tu i teraz, tak wygląda rzeczywistość. Tu nie ma czasu na beztroskę.
                                                                                                                                         
…….

Siedziałam przy stole popijając gorącą kawę  próbując otworzyć szerzej oczy. Jakaś  niestworzona  siła przyciągała powiekę do powieki. Wyjrzałam przez okno by podziwiać krajobraz codzienności. Szary betonowy mur i skład budowlany nie wynurzyły się jeszcze dobrze z osłony nocy. Było przed piątą. Zaraz muszę wychodzić.
Kawa już przestygła, spojrzałam na niego, przekręcał się na drugi bok mrucząc coś pod nosem.  Coś mu się śniło. Lubię kiedy śni, jest wtedy w świecie bez ograniczeń.  Świecie utęsknionym, romantycznym, wymarzonym. Może  śni za przeszłością? Za czasem kiedy wracałam z pracy i należałam tylko do niego. Za czasem kiedy mogliśmy wszystko nie zdając sobie z tego sprawy . Czasem kiedy mogliśmy wyjść nie mówiąc o której wrócimy, iść przed siebie i zapomnieć się, choć na chwilę.  Czasem, kiedy byłam dla niego kobietą. Czasem, który tak zmarnowaliśmy. Już nie pamiętam kiedy ostatnio daliśmy się ponieść… czemukolwiek.

Jeszcze raz wyjrzałam przez okno. Na parapecie stał bukiet polnych kwiatów wsadzonych w kufel do piwa. Wróciłam po nie wczoraj, nie mogłam ich zostawić, w końcu to moja namiastka upragnionego życia. Na zegarku piąta dwadzieścia dziewięć, muszę już iść, czekają na mnie. Zakładam japonki na bose stopy, zarzucam bluzę na piżamę i wychodzę. Przechodząc korytarzem od jednych do drugich drzwi ziewnęłam dwa razy. Uchylam drzwi i krzyczę: Dzień Dobry! Śniadanie!. Odpowiedziały mi rżeniem, bynajmniej nie z grzeczności, a z głodu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz