8/16/2016

Panika

Czasem zdarza mi się wpaść w panikę. Względnie rzadko,  raz w tygodniu, raz dziennie, ewentualnie co kilka godzin. I nie mam tu na myśli strachu przed burzą, albo wiatrem. Mam na myśli panikę przed nieprzewidywalnym.  Kiedy siedzę w domu z kolacją, mija kolejna godzina za godziną , wiem, że wraca z długiej podróży,  a rozładował mu się telefon. Nie,  żeby robił to notorycznie. W końcu nie po to ma dwie ładowarki samochodowe i dwa telefony, żeby być uchwytnym. Mój wieczny telefonowi buntownik. Wracając. No wiec gdy wiem, że wraca z daleka, a jego życie leży w obcych mi rękach, które znam z opowieści o prowadzeniu palcem, jedzeniu fistaszków i wbijaniu biegów łokciem jednocześnie, to nie ma mocnych. Wpadam w panikę. Panikę paraliżującą, nie raz doprowadzającą do łez.  Żebym to już raz chciała obdzwaniać wszystkie  w tej zasranej Polsce szpitale? Moja głowa tworzy seriale, rodem z kryminalnych zagadek Miami. Wyobrażam sobie głośne koguty, migające czerwono- niebieskie światła. Kulę się w sobie i za każdym razem po trochu umieram.  Kiedy myślę, że mógłby odejść w nieznane, to więcej nie widzę już nic. Moje oczy już nigdy nie zauważyłyby wschodzącego słońca, uszu nie oplotło by śpiewanie ptaków, a usta nie rozróżniły by już żadnego smaku.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz