Czasem zdarza mi się wpaść w panikę. Względnie rzadko, raz w tygodniu, raz dziennie, ewentualnie co
kilka godzin. I nie mam tu na myśli strachu przed burzą, albo wiatrem. Mam na
myśli panikę przed nieprzewidywalnym.
Kiedy siedzę w domu z kolacją, mija kolejna godzina za godziną , wiem,
że wraca z długiej podróży, a rozładował
mu się telefon. Nie, żeby robił to
notorycznie. W końcu nie po to ma dwie ładowarki samochodowe i dwa telefony,
żeby być uchwytnym. Mój wieczny telefonowi buntownik. Wracając. No wiec gdy
wiem, że wraca z daleka, a jego życie leży w obcych mi rękach, które znam z
opowieści o prowadzeniu palcem, jedzeniu fistaszków i wbijaniu biegów łokciem
jednocześnie, to nie ma mocnych. Wpadam w panikę. Panikę paraliżującą, nie raz doprowadzającą
do łez. Żebym to już raz chciała
obdzwaniać wszystkie w tej zasranej
Polsce szpitale? Moja głowa tworzy seriale, rodem z kryminalnych zagadek Miami.
Wyobrażam sobie głośne koguty, migające czerwono- niebieskie światła. Kulę się
w sobie i za każdym razem po trochu umieram. Kiedy myślę, że mógłby odejść w nieznane, to
więcej nie widzę już nic. Moje oczy już nigdy nie zauważyłyby wschodzącego
słońca, uszu nie oplotło by śpiewanie ptaków, a usta nie rozróżniły by już
żadnego smaku.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz