Czasem zdarza mi się wpaść w panikę. Względnie rzadko, raz w tygodniu, raz dziennie, ewentualnie co
kilka godzin. I nie mam tu na myśli strachu przed burzą, albo wiatrem. Mam na
myśli panikę przed nieprzewidywalnym.
Kiedy siedzę w domu z kolacją, mija kolejna godzina za godziną , wiem,
że wraca z długiej podróży, a rozładował
mu się telefon. Nie, żeby robił to
notorycznie. W końcu nie po to ma dwie ładowarki samochodowe i dwa telefony,
żeby być uchwytnym. Mój wieczny telefonowi buntownik. Wracając. No wiec gdy
wiem, że wraca z daleka, a jego życie leży w obcych mi rękach, które znam z
opowieści o prowadzeniu palcem, jedzeniu fistaszków i wbijaniu biegów łokciem
jednocześnie, to nie ma mocnych. Wpadam w panikę. Panikę paraliżującą, nie raz doprowadzającą
do łez. Żebym to już raz chciała
obdzwaniać wszystkie w tej zasranej
Polsce szpitale? Moja głowa tworzy seriale, rodem z kryminalnych zagadek Miami.
Wyobrażam sobie głośne koguty, migające czerwono- niebieskie światła. Kulę się
w sobie i za każdym razem po trochu umieram. Kiedy myślę, że mógłby odejść w nieznane, to
więcej nie widzę już nic. Moje oczy już nigdy nie zauważyłyby wschodzącego
słońca, uszu nie oplotło by śpiewanie ptaków, a usta nie rozróżniły by już
żadnego smaku.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
8/16/2016
8/15/2016
Echo
Kiedy po ciężkim dniu, lewitująca ze zmęczenia, z całą gamą nerwów w sercu i zmartwień w głowie
kładę się do łóżka, a on ze swoim stoickim spokojem czeka na mnie szykując
miejsce na piersiach, wiem, że za chwilę odnajdę odrobinę ukojenia. Kładę się opierając głowę o jego klatkę,
wtulam się na dziesięć poprawek, co za każdym razem irytuje go tak samo, nigdy
nie mniej. i szukam najlepszego miejsca
pod sceną. Zaczyna się koncert, mój przedsenny koncert. Słyszę
uderzenia. Mocne, zdecydowane, rytmiczne, bez zająknięcia. Wybijane tak, jak
gdyby każde bum było dokładnie przemyślane. Zaprogramowane tak, by swoją
melodią komunikować mi, że autor tego hard rocka jest gladiatorem na miarę XXI
wieku, największym alfa spośród alf, że jest niezatapialny niczym Arka i że powinnam czuć się bezpieczna. Ta melodia
niesie mi ukojenie, spokój . Wszystkie moje supełki w głowie zaczynają mozolnie
się rozwiązywać, moje serce zwalnia, wycisza się, napięte mięśnie spuszczają z
tonu i ciało zaczyna się rozluźniać. Do głowy wtedy przychodzi mi tylko jedna
myśl- że kiedy Bóg tworzył świat, ułożył tą melodię specjalnie dla mnie. Moje na wieki bum bum. I oszukuję się, że ta
melodia nigdy się nie skończy, bo wiem, że kiedy przestanie dla mnie grać, to
skończy się mój świat. Skończę się cała ja.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

