Kiedy po ciężkim dniu, lewitująca ze zmęczenia, z całą gamą nerwów w sercu i zmartwień w głowie
kładę się do łóżka, a on ze swoim stoickim spokojem czeka na mnie szykując
miejsce na piersiach, wiem, że za chwilę odnajdę odrobinę ukojenia. Kładę się opierając głowę o jego klatkę,
wtulam się na dziesięć poprawek, co za każdym razem irytuje go tak samo, nigdy
nie mniej. i szukam najlepszego miejsca
pod sceną. Zaczyna się koncert, mój przedsenny koncert. Słyszę
uderzenia. Mocne, zdecydowane, rytmiczne, bez zająknięcia. Wybijane tak, jak
gdyby każde bum było dokładnie przemyślane. Zaprogramowane tak, by swoją
melodią komunikować mi, że autor tego hard rocka jest gladiatorem na miarę XXI
wieku, największym alfa spośród alf, że jest niezatapialny niczym Arka i że powinnam czuć się bezpieczna. Ta melodia
niesie mi ukojenie, spokój . Wszystkie moje supełki w głowie zaczynają mozolnie
się rozwiązywać, moje serce zwalnia, wycisza się, napięte mięśnie spuszczają z
tonu i ciało zaczyna się rozluźniać. Do głowy wtedy przychodzi mi tylko jedna
myśl- że kiedy Bóg tworzył świat, ułożył tą melodię specjalnie dla mnie. Moje na wieki bum bum. I oszukuję się, że ta
melodia nigdy się nie skończy, bo wiem, że kiedy przestanie dla mnie grać, to
skończy się mój świat. Skończę się cała ja.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz