Z bólem, ale pewnie robiłam krok za krokiem przemaczając
absolutnie swoje zmęczone życiem, podarte buty. Ciepła rosa chlupotała między
poobcieranymi palcami przynosząc ulgę. Brzęk owadów podpowiadał, że to środek
lata. Kiedy mi to umknęło? Spojrzałam przed siebie. Soczysta zieleń uderzała do
głowy ze zdwojoną siłą, niczym spora dawka alkoholu. Upijałam się nią coraz
mocniej. Oczy błyszczały mi coraz bardziej, jakby nie mogły poradzić sobie z tą
dawką kolorów i słońca. Przyzwyczajone do smutku, szarości i czarnego żwiru zaszkliły się, może też ze
wzruszenia?
W butach chlupało coraz mocniej, powoli zdjęłam je, uważając
na liczne otarcia i rany i postawiłam bose stopy na mokrej, pełnej małych
żyjątek trawie, szłam coraz głębiej w okalające, sięgające mi już do kolan
kłosy. Zrywałam kwiat za kwiatem. Maki,
chabry, rumianek i kilka rodzajów żółtych kwiatków, nie mam pojęcia jak się nazywają. Tęcza
kolorów jaką tworzą rozświetli nasze małe, szare mieszkanie. Może coś ożywi, ukoi
serce. Patrzyłam na nie z takim rozczuleniem, jak gdybym wierzyła, że polne
kwiaty wetknięte w dzbanek rozwiążą moje problemy.
Trzymając bukiet w prawej dłoni opuściłam ręce w dół,
uniosłam twarz do jeszcze bardzo nieśmiało budzącego się słońca, zamknęłam oczy
i upijałam łyk po łyku tę chwilę. Ptaki śpiewały dawno zapomnianą mi melodię,
melodię wolności i swobody. Mokra trawa
łaskotała moje bose stopy, jakby chciała im ulżyć w bólu. Ciepłe promienie
słońca delikatnie muskały mnie po twarzy. Zdawać by się mogło, że świat dookoła
mnie wiruje, że jestem w centrum tego świata, że całe to wyniosłe
przedstawienie rozgrywa się tylko i wyłącznie dla mnie. Mogłabym tu zostać na
zawsze. Tkwiąc pośrodku całej tej ceremonii. Tak bardzo piękne jest to
wszystko.
-Ej! Nie
stój jak strach na wróble! Konie uciekły!
Zdanie wykrzyczane pijackim głosem zburzyło cały ten
majestatyczny teatr. Jakby ktoś wybudził mnie ze snu. Rzuciłam kwiaty i
zapominając o butach pobiegłam w kierunku stajni. Żwir i odłamki szkła wbijające
się w moje stopy szybko sprowadziły mnie na ziemię. Jestem tu i teraz, tak
wygląda rzeczywistość. Tu nie ma czasu na beztroskę.
…….
Siedziałam
przy stole popijając gorącą kawę
próbując otworzyć szerzej oczy. Jakaś
niestworzona siła przyciągała
powiekę do powieki. Wyjrzałam przez okno by podziwiać krajobraz codzienności.
Szary betonowy mur i skład budowlany nie wynurzyły się jeszcze dobrze z osłony
nocy. Było przed piątą. Zaraz muszę wychodzić.
Kawa już
przestygła, spojrzałam na niego, przekręcał się na drugi bok mrucząc coś pod
nosem. Coś mu się śniło. Lubię kiedy
śni, jest wtedy w świecie bez ograniczeń. Świecie utęsknionym, romantycznym, wymarzonym.
Może śni za przeszłością? Za czasem
kiedy wracałam z pracy i należałam tylko do niego. Za czasem kiedy mogliśmy
wszystko nie zdając sobie z tego sprawy . Czasem kiedy mogliśmy wyjść nie
mówiąc o której wrócimy, iść przed siebie i zapomnieć się, choć na chwilę. Czasem, kiedy byłam dla niego kobietą. Czasem,
który tak zmarnowaliśmy. Już nie pamiętam kiedy ostatnio daliśmy się ponieść…
czemukolwiek.
Jeszcze raz
wyjrzałam przez okno. Na parapecie stał bukiet polnych kwiatów wsadzonych w
kufel do piwa. Wróciłam po nie wczoraj, nie mogłam ich zostawić, w końcu to
moja namiastka upragnionego życia. Na zegarku piąta dwadzieścia dziewięć, muszę
już iść, czekają na mnie. Zakładam japonki na bose stopy, zarzucam bluzę na
piżamę i wychodzę. Przechodząc korytarzem od jednych do drugich drzwi ziewnęłam
dwa razy. Uchylam drzwi i krzyczę: Dzień Dobry! Śniadanie!. Odpowiedziały mi
rżeniem, bynajmniej nie z grzeczności, a z głodu.


